Wyprawa na Bali: Żeglarze czy turyści hotelowi?

2009-01-08 Ryszard Lutosławski
_

Autor: Ryszard Lutosławski

Globalizacja postępuje i ta tendencja daje się zaobserwować również w żeglarstwie morskim. Masowy dopływ chętnych do rekreacyjnego żeglarstwa morskiego powoduje, że stale rośnie też potrzeba eksploracji coraz to nowych akwenów. Okolice Sukosanu w Chorwacji stały się już tak znane i opływane, że rodzą się coraz śmielsze i dalsze koncepcje spędzania urlopów na wodzie. Zapraszamy do lektury tekstu Kapitana Ryszarda Lutosławskiego.

Jak to jednak zwykle bywa z nowościami, i w tym trendzie zdarzają się niewypały.  Los i ludzka przemyślność pozwoliły mi wziąć udział w takim przedsięwzięciu więc chcę tu podzielić się garstką uwag, które mogą stać się innym pomocne.

Oto wraz z grupą znajomych wybraliśmy się na eksplorację egzotycznej wyspy Bali. Zamierzenia były następujące: grupa młodych i mających czas popłynęła ze śródziemnomorskiej  Majorki właśnie na Bali w Indonezji. My, ludzie stateczni, polecieliśmy tam z zamiarem dokonania eksploracji na miejscu w czasie trzech tygodni, po których następna grupa młodzieży zabrałaby jacht w drogę powrotną. Rejsy tam i powrotem to raczej żeglarskie zamierzenia  „wyczynowe” i nie chcę tu nawiązywać do ich przeżyć i doświadczeń zwłaszcza, że znam je jedynie z dawniejszych lat kiedy to młodość napędzała inicjatywę.

Chcę tu w kilku słowach opisać „przejścia”, których doświadczyła zasadnicza grupa eksploracyjna.

Już na miejscu

Samolot chińskich linii lotniczych z Frankfurtu dowiózł nas ponad Osetią, Gruzją, Afganistanem, Pakistanem  i  Indiami do Taipei naTajwanie, który osiągnęliśmy już po prawie 13-tu godzinach lotu.  Pozwoliło to na trzy godziny uzyskać możliwość powyciągania łokci zpomiędzy żeber  i dać wytchnienie plaskatemu siedzeniu. Kolejny przelot trwał już tylko niewiele ponad 5 godzin i zakończył się lądowaniem nalotnisku Nkrumah Rai w Denpasar na Bali. Tam musieliśmy zapłacić równowartość 25 dolarów na głowę w Rupiach Indonezyjskich za prawodotknięcia stopą gruntu Indonezji i za dodatkowe niewielkie pieniądze   podążyliśmy dwoma taksówkami do Benua-Port na spotkanie z naszym katamaranem.

„Grupa przeprowadzeniowa” dopłynęła do Benua-Port poprzedniego dnia i była już gotowa na pożegnanie z nami, a my rozpoczęliśmy w doskonałych nastrojach rozpakowywanie swoich tobołków i roztasowywanie się na jachcie.  Następnego dnia po zjedzeniu w pobliskiej knajpce śniadania i dokonaniu drobnych zakupów do jachtowej spiżarni postanowiliśmy wyjść w morze.  W biurze mariny portowej powiedziano mi, że zaraz zjawi się policja i dokona stosownej odprawy wyjściowej. Na moje uwagi, że przecież mamy ważną wizę i że zamierzamy tu wrócić jeszcze przed wieczorem, a w dalsze pływanie wyruszymy dopiero  jutro – więc po co odprawa? – uświadomiono mnie grzecznie, że taki tu obyczaj i każde wyjście i wejście musi zostać odprawione przez władze graniczne i celne. I faktycznie, już pokilku godzinach doczekaliśmy się zapowiedzianego przyjazdu odprawiających.

Szybko okazało się, że opuszczając Indonezję każdy uczestnik wycieczki jest zobowiązany uiścić w Rupiach Indonezyjskich równowartość 15-tu dolarów opłaty wyjściowej  i że wracając – nie ważne kiedy, nawet po 15-tu minutach, będziemy w obowiązku ponownie zapłacić po 25 dolarów od głowy – czyli opłaty tym razem „wejściowej”. Dowiedzieliśmy się również, że tutejsze oznakowanie niebezpieczeństw na wodzie pozostawia bardzo wiele dożyczenia i w związku z tym zamiejscowe załogi nie mają prawa do żeglugi w nocy. Zezwala się na to jedynie miejscowym, a i to nie zawsze.

Szybka i prosta arytmetyka pokazała, że te dwie odprawy pochłoną dziennie 320 dolarów  (nasza załoga składała się z ośmiu osób). Rozkładając to na trzy tygodnie pływania (21 x 320 =  6720 dolarów) otrzymany wynik koniecznego haraczu, który  przekraczał nie tylko nasze wyobrażenia, ale nawet zawartość naszych portfeli, spowodował że w tej sytuacji musieliśmy ułożyć „plan awaryjny”.  Wyglądał on tak, że postanowiliśmy pomieszkać na jachcie, pozwiedzać wyspę i w ramach tego zwiedzania wybrać jednodniową trasę pływania tak, żeby była ona najciekawsza.Wsparciem dla tego planu była niska opłata portowa – 2 dolary za każdą noc.

Czy da się uniknąć haraczu?

Przeprosiliśmy odprawiających za ich zbędny przyjazd, co – o dziwo -przyjęli grzecznie i bez żadnych zastrzeżeń, a sami udaliśmy się do lokalu klubu na przepytki.  Rozmowa tam przebiegała wartko, aż do przybycia do portu policji, która zaprosiła nas na nasz jacht i tam przedstawiła alternatywę co najmniej zaskakującą: albo wypłacimy im wgotówce i bez rachunku 300 dolarów, albo oni zarekwirują nasz jacht. Na nasze pytania o powód takiej właśnie opłaty odpowiedzieli nam, że mają niedożywione dzieci i wiele długów spowodowanych straszną korupcją w ich kraju  i w ogóle nie ma o czym dyskutować.  Nie mając wyjścia z tej sytuacji, bo zadzieranie z władzą nie prowadzi do żadnych sukcesów,wyskrobaliśmy z naszych portfeli te 300 dolców, po czym oni życzyli namprzyjemnych wrażeń z Bali i odjechali w bardzo przyjaznym nastroju.

Wróciliśmy do klubu, gdzie poradzono nam szybko zamknąć łódkę na kłódkę, wynająć za drobne grosze chłopaka do jej pilnowania i szybko zniknąć z portu, bo za chwilę z podobną propozycją nie do odrzucenia przyjadą tu koledzy zadowolonych z finansowego sukcesu policjantów. Nie wdając się w dalsze dyskusje udaliśmy się za tą dobrą radą na poszukiwanie hotelu.

Znaleźliśmy go bez trudu, bo ruch turystyczny na Bali znacznie się zmniejszył po pamiętnych wybuchach w dyskotece i w restauracjach podkładanych pewnie przez zazdrosnych współziomków z Javy. Wynajęliśmy więc sobie pokoje w hotelu Ramada Tan Jung i kiedy wróciliśmy po nasze rzeczy okazało się, faktycznie że kolejni chętni na nasze finansowe wsparcie właśnie odjechali zmartwieni zapowiadając, że wrócą wieczorem, kiedy my już na pewno będziemy znowu na jachcie.  Pozwoliło nam to„bezkolizyjnie” i już bez dalszych kosztów zabrać swoje bagaże do hotelu.

I tak to skończyły się nasze plany żeglarskie na Bali, a rozpoczęło się życie zwyczajnego hotelowego turysty…Wynajęcia auta dla lepszego zwiedzenia tego co tam do zwiedzania było odradzono nam w recepcji hotelowej twierdząc, że na pewno nie wytrzymamy tego finansowo, bo każdy policjant po drodze nie tylko nas zatrzyma ale i słono skasuje. Natomiast wynajęcie auta z miwjscowym kierowcą wypadnie o wiele taniej – zwłaszcza, że za czekanie w trasie na zwiedzających coś na piechotę pasażerów się tam nie płaci. Za całodzienną wycieczkę do położonej pod wulkanem wieliej świątyni i spowrotem zapłaciliśmy całe 3 dolary. Okazało się, że “żeglowanie” wynajętym autem z kierowcą jest znacznie na Bali tańsze niż żeglowanie jachtem i pozwala na znacznie więcej wrażeń turystyczno-poznawszczych……..

Ryszard Lutosławski